barcelona

W pustyni i w puszczy, rozdział 35, str. 2

236 „Wyspę” otaczało morze dżungli i widok z niej był ogromnie rozległy. Od wschodu siniało pasmo gór Karamojo. Na południu widać było też znaczne wyniosłości, które, wnosząc z ich ciemnej barwy, musiały być pokryte lasem. Natomiast ze strony zachodniej wzrok leciał aż do granicy widnokręgu, na której dżungla stykała się z niebem. Staś dojrzał jednakże za pomocą lunety Lindego liczne parowy i rozrzucone rzadko potężne drzewa, wznoszące się jak kościoły nad trawami. W miejscach, gdzie trawy nie wybujały
tłumacz warszawa jeszcze zbyt wysoko, nawet gołym okiem można było zobaczyć całe stada antylop i zebr lub gromady słoni i bawołów. Tu i ówdzie żyrafy pruły szarozieloną powierzchnię dżungli, jak statki prują powierzchnię morza.
Tuż nad rzeką igrało kilkanaście kozłów wodnych, a inne wynurzały co chwila swe rogate łby z głębiny. Tam gdzie toń była spokojna, wyskakiwały nad nią co chwila owe ryby, które łowił Kali, i migocąc jak srebrne gwiazdy w powietrzu, zapadały na powrót w wodę. Staś obiecywał sobie przyprowadzić tu, gdy się pogoda ustali, Nel i pokazać jej całą tę menażerię. Na „wyspie” nie było natomiast żadnych większych zwierząt, a za to moc motyli i ptaków. Wielkie, białe jak śnieg papugi o czarnych
dziobach i żółtych czubach przelatywały nad krzakami gojawów;
drobne, cudnie upierzone „wdowy” kołysały się na cienkich łodygach
manioku, mieniąc się i błyszcząc jak klejnoty, a z wysokich kokosów
dochodziły głosy kukułek afrykańskich i łagodne, podobne do jęków
gruchania turkawek.

2008-10-24 10:18:24