W pustyni i w puszczy, rozdział 21, str. 1
W pustyni i w puszczy, rozdział 21, str. 1 |
131
– Stasiu, dlaczego my jedziemy i jedziemy, a Smaina jak nie ma,
tak nie ma?
– Nie wiem. Zapewne idzie szybko naprzód, żeby jak najprędzej
dojść do okolic, w których będzie mógł nałapać Murzynów. Czy
chciałabyś, żebyśmy się już połączyli z jego oddziałem?
Dziewczynka skinęła swoją płową główką na znak, że bardzo jej
o to chodzi.
– Co ci na tym zależy? – tłumaczenia ustne zapytał Staś. – Bo może Gebhr nie będzie śmiał przy Smainie tak okropnie bić tego biednego Kali. – Smain pewnie nie lepszy. Oni wszyscy nie mają miłosierdzia dla swoich niewolników. – Tak? I dwie łezki stoczyły się po jej wychudłych policzkach. Było to dziewiątego dnia podróży. Gebhr, który teraz był wodzem karawany, odnajdował z początku łatwo ślady pochodu Smaina. Wskazywały jego drogę szlaki wypalonej dżungli i obozowiska pełne ogryzionych kości i rozmaitych szczątków. Ale po upływie pięciu dni trafiono na niezmierną przestrzeń spalonego stepu, na którym wiatr rozniósł pożar na wszystkie strony. Ślady stały się mętne i zawiłe, gdyż widocznie Smain rozdzielił swój oddział na kilkanaście mniejszych, by ułatwić im otaczanie zwierzyny i zdobywanie żywności. Gebhr nie wiedział, w jakim kierunku iść, i często zdarzało się, że karawana po długim kołowaniu wracała na to samo miejsce, z którego wyszła. Potem trafili na lasy, a po przebyciu ich weszli w kraj skalisty, gdzie grunt pokrywały płaskie głazy lub drobne kamienie rozrzucone na wielkich rozległościach tak gęsto, że dzieciom przypominały się bruki miejskie. Roślinności było tam skąpo. Tylko gdzieniegdzie w rozpadlinach skał rosły euforbie, starce, mimozy, a rzadziej jeszcze wysmukłe jasnozielone drzewa, które Kali nazywał w języku ki-swahili „m’ti” i których liśćmi karmiono konie. W okolicy brakło całkiem rzeczułek i strumieni, na szczęście poczęły już od czasu do czasu padać deszcze, więc znajdowano wodę we wgłębieniach i wydrążeniach skał. |
| 2008-10-20 11:01:07 |